Terapia

Chyba każdy zna alegorię z głodnym człowiekiem – lepiej dać mu wędkę niż rybę. Terapia polega dokładnie na tym samym. Nauce łowienia.

Uczęszczając na terapię już prawie rok, zadałem mojej terapeutce jedno z najbardziej oczywistych pytań: kiedy będę wiedział, że to już czas zakończyć naszą współpracę?

Nie zakończyłem jej w momencie, gdy byłem szczęśliwy, spełniony, czy jakikolwiek nie chciałbym być. W dalszym ciągu zmagałem się z różnorakimi problemami, a wstanie z łóżka wciąż potrafiło być problemem. Jednak doszedłem do momentu, kiedy wiedziałem, jaką dostanę odpowiedź na swoje pytania. Wiedziałem, jaką dostanę radę, co mogę w danej sytuacji zrobić, jak poradzić sobie z daną sytuacją.

Dostałem do ręki wędkę.

Chociaż nie jestem już głodny, to nauka łowienia trwa do dziś. Terapia to jest niekończący się proces, pozwalający nam toczyć walkę ze swoimi demonami z podniesionym czołem. Te demony ciągle się przystosowują, znajdują coraz to nowsze sposoby, żeby się do nas dobrać. Nie pozostajemy w tej sytuacji bierni i również bierzemy udział w tym wiecznym wyścigu zbrojeń. Każda zwycięska bitwa, pomimo tego, że potrafi być okupiona poważnymi ranami, daje nam moc do dalszych starć.

Mimo wszystko, te rany magicznie nie znikają w pewnym momencie. Czasem z przyczyn od nas niezależnych potrafią otworzyć się na nowo. Terapia służy temu, by nauczyć się z nimi żyć, a nie udawać, że nie istnieją. Uczymy się je zabliźniać, zakładać opatrunki, dbać o nie. Odwrócenie głowy w drugą stronę nie sprawia, że krwawienie ustąpi.

Wprawdzie mój tobołek jest pełen wspomnień i urazów, lecz na horyzont spoglądam z optymizmem. Mając niebezpodstawną nadzieję za drogowskaz, przecieram szlaki z moją zaufaną wędką na plecach. Co jakiś czas się potknę, czasem zabłądzę, jeszcze innym razem zgubię po drodze coś cennego i muszę zawrócić. To naturalne, bardziej niepokojąca byłaby trasa usłana różami.

Nie liczy się cel, tylko droga.

Opublikowano